Snowdon. Psów podejście pierwsze.


W rolach głównych:

Snowdon – najwyższy szczyt Walii, 1085 m.n.p.m., Snowdonia
Psy Łajka, Narcyz
Reszta Lllamateursów – gdzieś w tle


A wszystko zaczęło się… od radosnego poranno-sobotniego szczeknięcia Łajki (160 decybeli – eksplozja petardy) i subtelnego huku otwieranych przez Narcyza drzwi (220 decybeli – wybuch bomby atomowej). Sobota – 6:00 rano. Nasze psy jakimś cudem wyniuchały, że o tej godzinie nikt z sąsiadów nie pogoni nas już z grabiami, czy najnowszą aplikacją NAWRZESZCZ NA SĄSIADA ZA TO ŻE ON WRZESZCZY PO NOCACH (nie żebyśmy kiedykolwiek tego doświadczyli, ale tak działa nasza wyobraźnia, gdy w domu robi się trochę głośniej między 22:00 a 6:00) i postanowiły stworzyć z tego codzienny rytuał. Już po chwili urocze 5 kg z jeszcze uroczszym 7 kg znienacka przewaliło się po naszych zaspanych ciałach oznajmiając, że woof-wstajemy i woof-czas na zabawę. Nie zwlekając, widząc rozenergetyzowanie sięgające zenitu (od skoków prawie sufit ucierpiał), postanowiliśmy wykorzystać to i zebrać się jak najszybciej w góry… wyruszyliśmy więc o 11:00 (tak, ogarnięcie psów zajęło nam tyle czasu. Tak, odpaliliśmy kompy w międzyczasie – nasza wina!)


Podczas 1,5 h drogi na miejsce dowiedzieliśmy się kilku istotnych rzeczy:

  1. Szczeniaki miewają chorobę lokomocyjną (tak, wiemy, miewają. Ale Łajka? Nasza Łajka? Tak, dotyka to nawet niezniszczalnych).
  2. Szczeniaki nie wiedzą jak komunikować, że mają chorobę lokomocyjną.
  3. Szczeniakom zdarza się śpiewać głośniej niż radio (tak, whippety też szczekają).
  4. Dorosłe psy przestają mieć chorobę lokomocyjną, gdy w pobliżu jest szczeniak, który na nią cierpi.

Za to przypomnieliśmy sobie, że:

  1. Pogoda w UK jest zmienna. Co 1 milę. Albo 1 minutę. Ważne, że na naszą korzyść! No i jazda jest mega interesująca! Tak swoja drogą północne wybrzeże Walii jest przepiękne. Momentami przypomina Włochy – nie, nie żartuję. Podrzucimy fotę “nie z samochodu” kiedyś dla niedowiarków.


Wybraliśmy szlak z Rhyd Ddu. Snowdon, jako najwyższy szczyt Walii, daje nam aż 6 możliwości jego zdobycia, z różnych stron. My postawiliśmy tym razem na drogę najmniej zatłoczoną i dość łagodną, bez elementów scramblingu (o Snowdonie usłyszycie jeszcze nie jeden raz, to nasz dobry kumpel). Tak czy siak wspomniany tu kumpel nie oponował za bardzo. Na początku może troszkę się zachmurzył, potem zerknął, że to przecież my (z nowymi deptającymi kropkami u boku) i stwierdził, że chyba ok. Chmury sie rozwiały, a my chwyciliśmy sprzęt i oto kilka fotek:





Psy bawiły się wyśmienicie. Trochę hasały, trochę judowały (noeologizm na potrzeby artykułu, czyt. uprawiały judo), wybierały te najprostsze drogi by wejść na kamień, jak również i te najmniej błotniste by z niego zejść.



Ostatecznie bawiły się przednio jak na pierwszy raz w górach UK (Narcyz) czy górach w ogóle (Łajka).


Jako osoba pochodząca z Polski (kraju z górami na południu, nie graniczącymi z morzem) najbardziej lubię w Snowdonie to, że wchodząc na szczyt widzisz wybrzeże… No ale zaraz, zaraz – nie rozmarzajmy się. Tym razem na szczyt nie weszliśmy. Czemu?



Mały Łajkowy terminator w dogodnym dla siebie momencie (krótki odpoczynek w ¾ drogi do szczytu) skoczył Pawłowi na kolana… I tak już został. 2 godzinny spacer uznaliśmy za skończony widząc jak opatulony w czerwony polar pieseł przestał reagować na jakiekolwiek odgłosy czy szturchnięcia. Po prostu zapadł się w świat snów o byciu daleko stąd, w domu, w ciepełku… (tak, podłączamy specjalna aparaturę i wiemy o czym psy śnią. Jak w simsach.) To musiało zmiękczyć nasze serca (no dobra, nasze nogi też były już trochę miękkie od podchodzenia).
Tym razem nie spotkaliśmy się z kumplem oko w oko, ale myślę ze nam wybaczy. Wiemy z nieoficjalnych źródeł, że już szykuje się na kolejne spotkanie…



PS. Rhyd Ddu ze Snowdonem zaowocowało za to inna nowością. Kto jeszcze nie miał okazji… Zapraszamy do trzydziestosekundowej zajawki o Llamateursowych psach.