Llandudno na 8 łap (+4)


Było sobie Llandudno. Miasto w Północnej Walii, tętniące turystyką, na cyplu wbijającym się delikatnie (a może i agresywnie – musiałby wypowiedzieć się sam cypel) w Morze Irlandzkie z widokiem na Morze Irlandzkie. Rzesze ludzi od dawien dawna bywały w Llandudno, opowiadały o jego świetności, krajobrazach nie z tej ziemi, dostępie do morza, uśmiechach na twarzach wesoło pluskających się dzieci…
Dlatego Llamateursi w zeszły weekend postanowili wybrać się w góry.

Na tapecie oczywiście Snowdonia z nieskończoną ilością szlaków do schodzenia (notabene góry w UK nie maja specjalnie oszlakowanych dróg, przyp.tł.), padło na Ogwen Valley. W zamierzeniu weekend miał upłynąć pod hasłem nie-za-intensywnego wysiłku ze względu na młode łapy Łajki i już nie takie młode serducho Narcyza. Miało być pięknie, jak w bajce! Plany, organizacja, mapki (wszystko to w dniu wyjazdu, logistyka jak się patrzy), no i?
No i pojechaliśmy. Ale do Llandudno. I i tak było bajkowo.


Tak, wiem. Wstęp na miarę Szekspira. I tak, tak wygląda codzienność Llamateurs – im bardziej ciągnie ich w jedną stronę, tym bardziej wybierają drugą. W sumie… każda ma coś do zaoferowania. Taki tam głód poznania.
Ale do rzeczy. Llandudno przywitało nas radosnymi promieniami słońca, morskim powietrzem… i po chwili sprowadziło na tematy Brexitu.




Jako, że nie politykujemy za dużo, a wybrzeże uparcie nawoływało, obraliśmy kierunek niebieskiego nieba i porzucając wszelkie znoje ruszyliśmy przed siebie, za przewodnika uznając przygodną mewę. Po chwili okazało się, że przewodników jest dużo więcej (co w sumie nie powinno dziwić). Nie zważając na utrudnienia daliśmy porwać się żądzy szybkiego przemierzenia odcinka parking – wybrzeże i ignorując kolejne przeszkody (zapachy z trawki działające na Łajkę i Narcyza jak syreny na żeglarzy, słońce operujące na twarz bez okularów przeciwsłonecznych, czyhające zza każdego rogu inne czworonogi czekające by tylko wesoło szczeknąć i zamerdać ogonem…) ostatecznie udało się. 5 min drogi przemierzyliśmy w 4 i pół, dodatkowo akceptując wszelkie ‘przeszkody’, ba – niektórym nawet dając polizać się po twarzy. Dotarliśmy!



Wybrzeże prezentowało się jak z pocztówki. Ładna promenada, miejsca zatłumione i te mniej, morze i klify. Do tego wszystkiego słońce i tylko trochę wietrznie, turystyka kwitnie. Obraliśmy kierunek ‘do końca klifu’ i ruszyliśmy mu na spotkanie. Nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy – zakazu psów na plaży w sezonie letnim. Została więc promenada, jednak równie przyjemna.



Po drodze napotkaliśmy całkiem ciekawą inicjatywę koncertu dla głuchoniemych, gdzie 4-ka ludzi tłumaczyła językiem migowym tekst piosenki puszczonej w tle. Publika była dość skromna, ale ludzie przystawali, słuchali, na ławeczce dostrzegliśmy nawet panią, która żywo śpiewała językiem migowym razem z zespołem. Fajna sprawa!

Natrafiliśmy też na swoistego rodzaju pomniki pamięci w postaci… ławek. Podchodząc bliżej można było dowiedzieć się komu oddany został hołd lub po prostu przeczytać cytat.



Jako że Llamateurska dusza zawsze ciągnie nas do najmniej zaludnionych, dzikich miejsc, ostatecznie dotarliśmy do końca wybrzeża i…znaleźliśmy super miejsce na chill! W międzyczasie Łajka poznała co to morze, a Narcyz nawet polubił się z falami. Gdy już usadowiliśmy się wygodnie i zaczęliśmy podziwiać krajobraz, ten gwałtownie zmienił się, pokazując swoje deszczowe oblicze. Niestrudzeni postanowiliśmy zostać, jedynie Łajce znaleźliśmy dużo bardziej komfortowe i cieplejsze miejsce. Na tzw. kangura!




Cały wypad zaliczamy do udanych. Llandudno okazało się uroczym miejscem, nie na tyle tłumnym, na ile myśleliśmy, a i zakaz psa ostatecznie się skończył (albo przynajmniej nie ujawnił ponownie swojego oblicza) wiec udało się zasmakować morza (tak, Narcyzowi nawet dosłownie). Może zdarzy się, że i do niego wskoczymy (tak, do morza), póki co zostaje pławić się w luksusie!



Tak. Taką to błękitną lagunę napotkaliśmy idąc promenadą.