Jak znaleźć pokemona w górach


Snowdon i psy – podejście drugie.


Znacie to uczucie gdy coś was prześladuje? Piosenka, cytat, błagalny wzrok psa ‘chodźmy się pobawić’? A może ktoś? To uczucie gdy czytasz książkę (tfu! komputer) i czujesz się obserwowany, nie możesz skupić myśli, boisz wyjrzeć się za okno, drzwi…. Róg pościeli? Gdy zakładasz rano skarpetkę a w drugiej pojawia się dziura i zastanawiasz się czy ktoś tego nie ukartował? Albo co gorsza – robisz pranie i owa skarpetka po prostu ZNIKA? Bez pożegnania, ostatniego wyschnięcia…po prostu KONIEC?


Ja też znam. Nie tak dawno, bo raptem kilka dni temu obudziłam się zlana potem (swoją drogą w UK przeżywamy teraz falę upałów, tak – 30 stopni na plusie!), smagana dreszczami i uczuciem niepewności. W rogu pokoju zobaczyłam zarys postaci. Mimo egipskich ciemności jego czarny kontur majaczył majestatycznie w rogu ze zdartą tapetą, jego żółta opalenizna biła blaskiem nie z tej ziemi, a błyskawiczny ogon jeszcze błyskawiczniej merdał, zmiatając grupkę roztoczy wprost do krainy Nibylandii przyprawiając stwora o wiecznie okrągłe, czerwone rumieńce. Nim się obejrzałam, a raczej przetarłam oczy ze zdziwienia, potwór znikł, a ja poczułam tylko zapach…. Tego co nadciąga. Wiedziałam. Wiedziałam już kto to. PIKACHU. Odwiedził mnie, a teraz to ja muszę go znaleźć.


Ponieważ od kilku tygodni światem wstrząsa Armagedon w postaci gry Pokemon GO, a dostępu do niej jeszcze nie mamy, od jakiegoś czasu czułam się w jakimś stopniu winna. Znowu jestem ignorantem, znowu olewam rzeczywistość i znowu w weekend pojadę w góry. Czułam też jednocześnie, że chociażby gotując kolację (tak, czasem gotuję i tak, nigdy nie jest to obiad chociaż by się chciało) potrawy stają się bardziej słone (to w żadnym wypadku nie ja), garnki przypadkowo zmieniają swoje położenie (to w żadnym przypadku nie Łajka. No dobra! Nie ja) i ogólnie targa mną roztargnienie (to już na pewno nie ja!). Czułam, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Teraz już wiem. Był to PIKACHU.


Postanowiłam wyjść mu naprzeciw i… sprawdzić czy naprawdę istnieje. Graczami muszę przyznać szczególnymi nie jesteśmy (Paweł trochę ogarnia, ja zatrzymałam się na etapie Simsów i Mario), zatem mogliśmy sprawdzić to w jedyny możliwy, bezpieczny i znany nam sposób.

Góry.


Mówcie co chcecie. Jeśli mam gdzieś znaleźć PIKACHU i ma to być góra… musi być to Snowdon. A skoro tak, warto upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i oprócz głównego punktu programu (znaleźć PIKACHU) postanowiliśmy ugryźć Snowdon od tej samej strony co ostatnio i tym razem zwyciężyć!

I bez zbędnych ceregieli…


Tym razem szczyt nastąpił szybko. Nie oglądając się specjalnie za siebie, nie zważając na dzikie słońce ja rumak pędzące raz nad chmurami, raz pod a przede wszystkim za, nieświadomi poparzeń 8-mego stopnia i odcisków na palcach u rąk od drapania się po głowie… osiągnęliśmy szczyt. Ni stąd, ni zowąd Snowdon po prostu się stał:



Ale gdzie ten Pikachu? Jak widać na szczycie znaleźli się wszyscy (w tym Łajka i Narcyz o własnych siłach, z energią z kosmosu, brawa dla tych Państwa!), tylko nie on. Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że to cwana bestia. Pokątnie dowiedział się o całym zamiarze i postanowił zabawić się ze mną w kotka i myszkę. Ale nie ze mną takie zabawy…Nie ze mną…


W drodze powrotnej wzmożyliśmy poszukiwania i zaczęliśmy przyglądać się bardziej, zaprzęgając do pomocy mewy:



Psy:



Szukaliśmy w chmurach:



Przy słupkach:



Pytaliśmy owiec. Tych z wełną:



I tych bez:



Sprawdziliśmy czy czasem nie zjadł go Narcyz:



Użyliśmy ręki Pawła, jako zaklinacza snów by sprawdzić czy nie czai się gdzieś tam:



Niestety. Nie było go nawet pod kamieniem:



I gdy już straciliśmy wszelką nadzieję:





Pojawił się! Ze swoimi bodyguardami.



I powiedział coś co na zawsze zmieniło nasze życie.

Co takiego?

O tym w następnym odcinku. Za to, żeby go znaleźć wycisnęliśmy z siebie siódme poty.

Ale zaraz. Może właśnie taki był tego wszystkiego cel?