Jak zacząć podróżować… inaczej część 2


Pamiętacie nasz artykuł sprzed tygodnia? Nie?
Nie dziwię się. Kompletnie się nie dziwię.

Kto czytałby o dwojgu takich co to zamiast ukraść księżyc zdecydowali się przejść dwa kraje na nogach?

No i…

 
Kto normalny zaczyna swoje podróże od 500 km spaceru z Polski na Chorwację? Kto normalny śpi przez miesiąc na dziko?
Kto normalny bierze ze sobą gitarę i bębenek i gra po rowach?
Kto normalny… w ogóle podróżuje?

Nie mam pojęcia.
Wiem tylko jak smakuje woda po 20 km marszu, albo jej brak.
Wiem jaki odgłos wydaje dzik i jak dziwnie zasypiać, gdy nagle go nie słyszysz. Wiem jak to jest napakować za dużo ‘najpotrzebniejszych’ rzeczy do plecaka i potem się z nimi tarabanić.
Wiem jak porozmawiać z wróblem.
Wiem jak zaśpiewać ‘Knockin’ on heaven’s door’ z kompletnie nieznajomymi ludźmi.
I w końcu wiem jak cudownie jest położyć się w swoim własnym łóżku. Które i tak jest materacem na ziemi. I klikać, transferować, tworzyć bazę danych…Własnych kolorowych wspomnień. W swoim własnym umyśle.

Chyba nie jestem normalna. A jeśli to czytasz to Ty chyba też nie. A przynajmniej zastanawiasz się nad tym jak nie być!



Wiesz… Nie mam recepty na to jak zacząć podróżować. Tym bardziej inaczej. Nie mam gotowego rozwiązania. Po prostu pewnego dnia coś pstryka w głowie – najczęściej za sprawą motywatora (film, osoba, rozmowa, blog) – i… nagle jesteś w drodze. Po prostu otocz się tym, co Cię motywuje i pewnego dnia zaskoczy.

Jeśli jeszcze jesteś normalny/a to zachęcam – przestań. A jeśli już podążasz ścieżką mniej normalnych… Tak trzymaj!

Dodam tylko, że podróże są małe i duże. Nie musisz od razu rzucać wszystkiego. Po prostu zrób ten pierwszy krok i znajdź swój własny, optymalny poziom podróżowania. My znaleźliśmy! A Polska – Chorwacja była pierwsza i zawsze będziemy darzyć ją sentymentem.



Przenieśmy się więc na chwilę do drugiej części artykułu, o którym pisałam wcześniej, a tym samym wyprawowego dziennika… I wczujmy w klimat. Kto wie, może dzisiaj to my będziemy dla Ciebie jednym z motywatorów! Proszę:

ARTYKUŁ, CZĘŚĆ 2:

„(…) Dzień 25 – 8.08.2012 Węgry

Planowo jeszcze pięć dni samego chodzenia, może sześć – góra tydzień. Ale trzymam się tej pierwszej myśli. Tradycyjnie mieszane uczucia. Dzisiaj pierwszy raz poczułam, że powoli zbliża się koniec. Że to już całkiem niedaleko. Najpierw dostałam dzikiego pędu na tę myśl, a potem tak trochę smutno…



Ale od początku. Co do wczoraj. Ruszyliśmy spod drzewa o 17:00. Wszystko fajnie, czas okej, do zrobienia było około 10 km, a chyba zrobiliśmy więcej… Poszliśmy prosto według znaku „na Keszthely” – okazało się, że są dwie drogi, a to akurat nie nasza. Trzeba było zawrócić. Bolało, bo z 1,5 kilometra w jedną stronę… Może nawet dwa. Byliśmy więc godzinę do tyłu. Na szczęście bez większych problemów znaleźliśmy tę prawidłową „ścieżynę”. Trochę ludzi nam zamachało, trochę pozdrowiło – idziemy dalej. W końcu postój (akurat w miejscu, gdzie pięknie pachniało ekskrementami). I cały widok na Sümeg. Fajne miasto. Już takie mega turystyczne, pewnie ze względu na zamek, który króluje nad całą okolicą. Średnio przepadam za zamkami, ale ten robi wrażenie. Aż chce się na niego wspiąć.



Poszliśmy dalej. Całkiem ładne tereny. A akurat wczoraj narzekaliśmy na nudę widokową na Węgrzech (w porównaniu do Słowacji). Góry, pola, dziko. Cud, miód. Szkoda tylko, że piękno krajobrazu poszło w parze z przewyższeniami na drodze;) Cóż, trzeba było cisnąć (aj, ten czas przeszły – a już niedługo wszystko to będzie przeszłością…) I poszliśmy. Odpoczynek w Bazsi i szukamy noclegu. Troszkę ciężko, bo wszędzie góry i lasy. Decyzja – śpimy za krzakami przy drodze. Trochę widoczni z jednego domu i polnej drogi, kawałek od lasu…



Śpimy. Znowu dziki. Tym razem jeden. Budzę się – Paweł oczywiście już nie śpi – czuwa i ogarnia. Wytłumaczył, że jeden i że się kręci. No to cisza – zasnęłam… Budzę się znowu – zimno. Nasłuchuję… Nic. No to się dobrałam do śpiwora najciszej jak mogłam (nie da się tego zrobić cicho, szczególnie, gdy wszędzie wokół jest mega cicho…) Obudziłam dziada (mowa o dziku, nie o Pawle;)). Beczy to i beczy, ale tak jakoś żałośnie. Chyba nie miał, co jeść. Stres oczywiście duży, ale tak jakoś dziada żal… Paweł nawet słyszał jak mu burczało w brzuchu. Szkoda go, ale jeszcze bardziej szkoda ewentualnie staranowanego namiotu. Życie. Przetrwają silniejsi.



I przetrwaliśmy… Ale rano jakoś super silni się nie czuliśmy. Choć humory nawet dopisywały. Szybka zwijka, potem pośpiewaliśmy sobie coś na żarty i około godziny 6:00 przenieśliśmy się na pobocze, żeby zjeść i odpocząć przed wysiłkiem (przed nami, według znaku, 4 kilometry dzikiego zwierza – trzeba było odczekać poranny żer). Posiedzieliśmy trochę, potem zmógł nas sen… I sobie miło pospaliśmy.
Pobudka, pakujemy się, a tu… Policja – Rendőrség (nawet policja musi inaczej brzmieć po węgiersku!). I niestety nie przejeżdża. Wychodzą dwaj funkcjonariusze i grzecznie coś do nas po niemiecku. Hmmm, no to ja oczywiście angielski – oni zbici z tropu… Młodszy próbuje wytłumaczyć, co robimy źle, ale mu nie wychodzi – ja oczywiście rżnę głupa. Coś pobocze, coś, że wąskie. A, sorry – nie wiedzieliśmy – nie możemy tutaj być.
Kontrola paszportów, weszli do radiowozu – no to pakujemy się, a że trochę tego było… Akurat zgrał się nam czas z funkcjonariuszami. Wrócili do nas, wszystko okej, jeszcze grzecznościowe „where are you going” (chyba, że sprawdzające). No to, że Letenye. I to by było na tyle. Zdziwiło nas tylko jedno – odjeżdżając zawrócili w kierunku, skąd przybyli, czyli podjechali tu specjalnie. Ktoś nas podkablował, przypuszczamy, że ktoś z wioski. Wniosek – nie spać więcej na poboczu. (…)




(…) I tak zaczął się nasz dzień. Dobrze, że zdążyliśmy się obudzić, gdybyśmy spali pewnie nie byłoby tak różowo;) Chociaż…
A potem była góra, trochę kilometrów i wioska. Tam market, zakupy i pies;) Taki duży kocmołuch, mega grzeczny – siedział sobie z nami i żądał zagłaskania na śmierć. Postój – miło, fajnie, ale kupiłam za dużo wody i potem już się męczyliśmy (trzeba było ją nieść…). Ale humory poprawiły nam puzzle. Dzień wcześniej rzekłam do Pawła na jakimś poboczu: „Ciekawe jak reagowaliby ludzie, gdybyśmy układali tutaj puzzle”. I masz. Dzień później zatrzymujemy się i w rowie znajdujemy aż dwie pary z „Epoki lodowcowej” – takie małe. Ależ to była radość. Ułożyliśmy z Pawłem, potem znowu kilometry, a teraz chowamy się przed słońcem w przedsionku lasu. Paweł dosypia, ja gryzmolę. Zapomniałam tylko dodać, że teraz bezchmurne niebo, ale rano nam pokropiło. Na szczęście był przystanek!





Łoo, a jakie tu mają przystanki. W każdej wiosce chociaż jeden zamykany, omurowany lub drewniany – wyglądają jak kapliczki. Jakby nie było namiotu to na 100% w którymś z nich byśmy spali – bardzo zadbane (…)”

Podsumowując – wyprawa udana. Dotarliśmy do granicy węgiersko – chorwackiej, przekroczyliśmy rzekę Murę i bramki graniczne, by po chwili (ku zdziwieniu wszystkich obecnych) zawrócić i zacząć zabawę w powrotnego stopa. Wracaliśmy autostopem 4 dni, trochę zmęczeni, ale bogatsi o nowe doświadczenia, masę wrażeń i cudownego zżycia z naturą. Przeszliśmy na nogach około 500 kilometrów, a łącznie ze stopem przebyliśmy około 1100 kilometrów. Zajęło nam to łącznie 32 dni. Pokonaliśmy tysiące wewnętrznych barier i przesunęliśmy delikatnie własny horyzont. Ciekawe, gdzie poniesie nas następnym razem… I w jaki sposób będziemy się przemieszczać. Może tym razem Azja na rolkach?





Ze swojej strony dodam, że do Azji na rolkach jeszcze nie doszło… Ale może Ty pierwszy/a to zrobisz?

A może zaczniesz podróżować w zupełnie inny sposób?

Aha. Już zacząłeś? W takim razie jak wyglądała twoja pierwsza podróż?

Daj znać! Każdy kiedyś zaczynał!