Jak zacząć podróżować… inaczej CZĘŚĆ 1


Tak. Byliśmy młodzi i głupi.

Tak. Właśnie kończyliśmy studia.

Tak. Nie wiedzieliśmy nic o podróżach.

I wiecie co? Niewiele od tamtego czasu sie zmieniło. Ani z nas światli ludzie, głupota – to raczej nieuleczalne, a podróże? Wiemy jeszcze mniej… Ale i tak podróżujemy. Może mniej egzotycznie, ale na swój sposób (Co do tej pory za nami? O tym tutaj), ostatnio nawet z dwoma czworonogami.

Jak to wszystko sie zaczęło i co dało nam ‘nomadowego kopa’ do dalszego przemierzania świata (czyt. czegoś więcej niż domowe podwórko)?

Postanowiłam, że cofnę się trochę wstecz i przybliżę Wam naszą pierwszą wyprawę i moje myśli sprzed blisko 4 lat. Może da to komuś takiego samego kopa jak nam kiedyś?

W roli głównej artykuł zamieszony szmat czasu temu na stronie nikomu nieznanej… i my. Dużo nas. Ale to w końcu blog o nas, więc współczuję, ale musicie to przeżyć! Zapraszam do lektury:



Pokonać siebie, czyli „Piesza wyprawa Polska – Chorwacja 2012”

„– Kupujemy campera? – Za drogo… – Wakacje na rowerach? – No nie wiem… – A może by tak… na pieszo?

I tak wszystko się zaczęło. Może też obejrzany pewnego dnia film „Into the wild”, a może Martyna Wojciechowska i jej książki. Może widok zabieganych ludzi i rutyna pęczniejąca w nich do granic możliwości. Może wewnętrzna frustracja i chęć zrobienia czegoś… No właśnie. Po prostu czegoś. Padło na pieszy trip. A że z Polski na Chorwację? Po prostu chcieliśmy za granicę. Czy każdy wybór musi mieć sensowne wytłumaczenie?

Zgrało się idealnie. No może trochę na to wpłynęliśmy. Praca, studia, praca, studia… Ileż można? Czas na zmiany – zwolnienie z pracy, wydanie ostatniej kasy na sprzęt. Bo czemu nie? Upragniony 15 lipca nadszedł… Wyruszamy!



Zgodnie z planem „wycieczkę” zaczynamy w Zwardoniu. Szczęśliwi, wolni, owładnięci cyklicznymi napadami adrenaliny i tak trzęsiemy portkami ze strachu. W zasadzie nic nie jest dopięte na ostatni guzik. Mamy tylko zarys trasy – wiemy, że pójdziemy przez Słowację i Węgry aż do granicy chorwackiej. A potem łapiemy stopa i odpoczynek na wybrzeżu… Któż mógł przewidzieć, że na wybrzeże nie będzie już siły… Ale tego jeszcze nie wiemy. Po prostu odczuwamy dwa razy silniej. Chłoniemy każdy krok, każde „majgnięcie plecaka” i rzucamy się w wir przygody.

Jest świetnie! Uderza nas intensywność barw, piękne górzyste pejzaże, przytłaczają raz po raz przejeżdżające tiry…






Bo przecież nie zawsze jest kolorowo. Ze względów orientacyjnych wybraliśmy trasę prostą, acz uciążliwą, czyt. dosyć ruchliwe ulice. O ile kondycyjnie, na pierwszy rzut oka, nie wyglądają wymagająco, o tyle stan pobocza, którego w zasadzie nie ma i zawirowania powietrza wytworzone przez mijające nas pojazdy zwalają z nóg. Po kilku dniach przeklinamy wszystkich kierowców jadących za szybko, za wolno, a nawet tych niejadących. Dlaczego Międzynarodowy Dzień Bez Samochodu nie trwa miesiąc? Nie musielibyśmy wtedy pochłaniać hektolitrów mleka – odtrutki (na ile skuteczne, nie wiadomo – pozdrowienia dla babci i przeuroczego placebo) a i droga byłaby spokojniejsza… Ale wybór to wybór. W naszym mniemaniu także konsekwencja. Choć czasem wypadamy poza obrany schemat…




Tworzymy flagę. Dla urozmaicenia ciągłego marszu postanawiamy nie być incognito. Skoro już na nas trąbią, machają, pozdrawiają to niech wiedzą, że Polacy. Kupujemy jakiś ręcznik, coś na kształt flamastra… Jest! Od razu lepiej. Potrzeba przynależności to jednak nie żarty. Odbudowujemy swoją tożsamość. A ręcznik może przyda się i do kąpieli…



… której nie zażywamy za wiele. To ta gorsza strona wypadu, ale także nieprzypadkowa. W zasadzie mamy sporo okazji, by zażyć dobrodziejstwa przydrożnego strumienia czy wpaść w objęcia rzeki wzdłuż dwupasmówki… Jednak nie zawsze się chce. Powód? Dwudziestokilogramowy plecak w połączeniu z dwudziestoma kilometrami marszu dziennie (wypróbowaliśmy opcję trzydzieści i podziękowaliśmy). Niby niewiele, do zrobienia… Spróbujcie – my spróbowaliśmy. I skończyło się na prawie nietkniętym mydle w plecaku…




…ale szło się przednio. Poza kryzysami, kilkoma scysjami i sinusoidalnym zniechęcenio – umieraniem bywało, że człowiek po prostu frunął. Oczywiście – najczęściej uczucie to pojawiało się w momencie ściągnięcia plecaka i błogiego odpoczynku, ale zdarzało się, że niepostrzeżenie przylegało do nas, napadało i obezwładniało podczas marszu. Nierzadko brnąc przez pokłady frunięcia człowiek niepostrzeżenie napotykał dodatkowo dobry humor. I tak to trwało. Idziemy, potykamy się, śmiejemy, trochę śpiewamy. Nadrzędną pieśnią okazuje się ta o małym Indianinie, co to napiął łuk – a potem zdechł – a to pech…





… a ten też czasami nas napotyka. Na szczęście nieczęsto i nie chodzi parami. Zdarzyło się, że człowiek przez nieuwagę zgubił bluzę, nawet majtki (jakkolwiek to brzmi), czy jakaś mysz dobrała się do kijka… Na szczęście zawsze następował niejaki „happy end”. Rzeczy znajdowały się, a myszka miała posiłek…

… które z kolei u nas nierzadko bywały obfite. Na potrzeby głodomorów krótka klasyfikacja: miejsce pierwsze zajmuje zacny „biszkopt-burger”, czyli dwa biszkopty połączone przepysznym trzydniowym serem, palce lizać – podróżny nie pogardzi, a McDonald’s zbiłby fortunę. Miejsce drugie – słowackie bułki z serem, a raczej ser z bułką. Dopiero opuszczając Słowację uprzytomniliśmy sobie, co tak naprawdę stało się krótkoterminowym celem każdego dnia… Poza tym standardowe marketowe menu, a czasem ciasto i warzywa od napotkanych ludzi z własnymi ogródkami, hodujących zaciekle własne dobre serca.





Trasę wspominamy dobrze. Co prawda pogoda płatała nam figle od samego początku, co nierzadko kończyło się noclegiem w skrajnie dziwnych warunkach (pod mostem, na stacji kolejowej, przystanku autobusowym) czy opóźnieniami w stylu przeczekania niepogody w rozbitym na wale „okołokanałowym” namiocie, ale dodawało to też adrenaliny – jakże nieraz potrzebnej. Same odpoczynki uzależnialiśmy początkowo także od pryszniców odgórnych, a więc w pierwszej kolejności wybór padał na przystanki autobusowe, a potem już gdzie popadło. Najlepiej czuliśmy się na zielonych łąkach i pagórkach, z dala od cywilizacji, ale przydrożne rowy również okazywały się przytulne. Zdarzyło się nawet, że w jednym z nich znaleźliśmy puzzle… O których dzień wcześniej rozmawialiśmy. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?



Kontakty z rodziną i znajomymi ograniczyliśmy do minimum. Wzięliśmy ze sobą jedną komórkę, której nawet nie ładowaliśmy w trakcie wyprawy. Esemes średnio co dwa dni, jedna rozmowa, próba wysłania e-maila z budki na Węgrzech (notabene nie doszedł). Mimo cywilizacji ciągle dreptającej obok, staraliśmy się ją odepchnąć w jakikolwiek sposób. W tym względzie w miarę nam się udało. Poza tym odbijanie na polne ścieżyny, obijanie się pod drzewami i podziwianie bezkresnych pagórków, słoneczników i wyładowań atmosferycznych.



Jedną z najważniejszych odskoczni od marszu okazała się muzyka. Wzięliśmy ze sobą gitarę i djembe. Początkowo, ze względu na ilość kilometrów przebywanych w ciągu dnia, nie mieliśmy czasu i siły na granie. W miarę upływu czasu wyluzowaliśmy i na dłuższych odpoczynkach zabieraliśmy się do roboty. Cudownie było, będąc w podróży, wybrać się w tę zupełnie inną… duchowo-instrumentalną…
A jeśli nie, to przynajmniej poznać nowe osoby, których nie brakowało. W końcu duże plecaki, rozłożona gdzie popadnie karimata i dwoje grajków. Jak zwykle staraliśmy się nie zwracać na siebie uwagi…



Dla zarysowania wyprawowej rzeczywistości dołączamy fragment pisanego przez oboje dziennika:

Ale to juz moze nastepnym razem. Dam Wam chwile odetchnac.