Jak nie pozwolić by zepsute auto zepsuło twoje wakacje


…czyli europejski road trip w stylu Llamateurs!


Planowanie, planowanie, planowanie. Od tego zazwyczaj zaczynają się wakacje. Jeśli na nich nie jesteś, to właśnie je planujesz, jeśli jeszcze tego nie robisz, to zaraz zaczniesz, a jeśli już zacząłeś to raczej szybko nie skończysz. Zatem planowanie. To temat dość częsty w życiu Llamateurs, ale trzeba nam przyznać, że dziwne z nas stworzenia. Z jednej strony wszystko planujemy, a z drugiej pozwalamy sobie na dużą dozę spontaniczności… Bo przecież równowaga musi być. Jak wpadliśmy na pomysł wakacji autem bez auta, jak miał się plan do rzeczywistości, czyli gdzie wylądowaliśmy i czy zepsute auto na wakacjach to taka straszna rzecz jak ją malują?


Zaczęło się od pomysłu znajomego. W maju organizują trzydniowy festiwal wspinaczkowy we Włoszech, może by tak… pojechać? Biorąc pod uwagę, ze i ja i Paweł nie mieliśmy jeszcze wtedy ustabilizowanej pozycji w pracach (Paweł pracował kilka miesięcy, ja zaczęłam nową), urlopy stały pod znakiem zapytania i ogólnie rzecz biorąc przędliśmy pewnego rodzaju rozgardiasz życiowy, jedyną poprawną odpowiedzią mogło być: TAK, CZEMU NIE? Czasem im mniej stabilnie tym lepiej.


Zaczęliśmy przygotowania. Ze względu na to, że wspinaczką paraliśmy się od niedawna i tylko na ściance wspinaczkowej, postanowiliśmy podejść do wyjazdu bardziej rekreacyjnie niż sportowo. Ten temat został więc ustalony z góry, za to od strony logistycznej zadaliśmy sobie 3 podstawowe pytania:


  1. Czy bierzemy psa (w tamtym czasie mieliśmy tylko Narcyza)
  2. Czym jedziemy/lecimy
  3. Jak śpimy

Po krótkiej burzy mózgów stanęło na:

  1. Tak
  2. Autem
  3. W aucie. Na dziko.

Jedynym problem było to, że… nie mamy auta. Oczywiście w dzisiejszych czasach istnieje dużo opcji wyjścia z tej sytuacji. Można podczepić się pod grupę ludzi jadących w tym samym kierunku, pokombinować ze stopem albo całkowicie zmienić plan i wybrać samolot. Jednak ze względu na zwierzaka (nie chcieliśmy fundować mu niepotrzebnego stresu lotem) wybraliśmy opcje kupna auta, co i tak prędzej czy później mięliśmy zrobić. I stało się. Po kilku tygodniach zostaliśmy dumnymi posiadaczami małych mobilnych czterech ścian, które już niedługo miały pokazać swoje prawdziwe oblicze… A co tam, kolejna przygoda do kolekcji! 🙂



Wyruszyliśmy. Jako, że podróż z kilkudniowej (i ostatecznie bez psa z różnych powodów) przerodziła się w dwunastodniową , na naszej liście ‘atrakcji’ pojawiło się kilka pozycji:


  1. Fontainebleau – ogromna lesista połać usiana setkami głazów i kamieni o różnych kształtach, kilkadziesiąt km na południe od Paryża. Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda rejon -mekka wszystkich wspinaczy i spędzić tam kilka dni. Skoro i tak wakacje stanęły pod kątem wspinaczki to czemu by nie wpaść i tutaj, trochę się powspinać, połazić i zobaczyć jak ta słynność wygląda.
  2. Chamonix – Mont-Blanc. Znana miejscowość turystyczna we Francji z widokiem m.in. na Mont Blanc i  Aiguille du Midi. Pomyśleliśmy, że warto się tu zatrzymać na kilka godzin i popodziwiać panoramę jeśli pogoda pozwoli.
  3. Szwajcaria. Sama w sobie. Nigdy nie byliśmy w tym kraju, a wiedzieliśmy, że czas nie pozwoli na zwiedzanie, zaplanowaliśmy więc trasę powrotną tak, by widoki podziwiać chociaż zza szyby auta.
  4. Melloblocco festiwal i dolina Val Masino. Czterodniowy festiwal boulderowy (bouldering – wspinaczka po zazwyczaj wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną) organizowany w Północnych Włoszech co roku, zrzeszający tłumy boulderowców z całego świata. Chcieliśmy pojechać, poczuć atmosferę i podpatrzeć czego to ludzie nie wyprawiają na skałach.

Punkt pierwszy okazał się gwoździem programu. Wojaże po lesie, wspinanie, podziwianie skał, cisza i spokój kiedy trzeba, socjalizacja z ludźmi, zwiedzanie podrejonów lasu (nie macie pojęcia, jaka to ogromna połać!). Zdecydowanie wrócimy tam jeszcze nie raz, nie dwa… Tym bardziej, że z UK to prawie jak rzut beretem. Zaznaczam, ze Fontainebleau to nie tylko destynacja dla wpinaczy… naprawdę jest gdzie tam chodzić, co robić, nawet poplażować. Na przykład na pustyni w środku lasu:



A tak się bawiliśmy:






Naładowani pozytywną energią ruszyliśmy w kierunku Włoch, po drodze mijając Chamonix:






A po Chamonix… ruszyliśmy w stronę Włoch utykając w kilkugodzinnym korku przed Tunelem Mont Blanc. To tutaj nasza biedna maszyna po raz pierwszy zaczęła się delikatnie buntować i okazywać niezadowolenie faktem całkiem sporego podjazdu w pełnym słońcu… chrząkając, dymiąc i wydając nieciekawe zapachy. Niestrudzeni, czyniąc starą gąbkę przy silniku odpowiedzialną za dym i zapach kontynuowaliśmy podróż aż do Włoch. Po drodze auto poburkało jeszcze kilka razy, ale ostatecznie udało nam się dotrzeć (dymy pojawiły się dopiero przy podjeździe do Val Masino). Tutaj daliśmy odpocząć maszynie na kilka dni, spędzając miło czas, w większości chillując w Dolinie Val Masino:






Nadeszła pora powrotu. Czekało nas zaledwie 20 godzin jazdy, ale to, że auto w ogóle odpaliło uznaliśmy za spory sukces i z taką myślą pomyślnie przejechaliśmy Szwajcarię (przeżywając tylko 3 godziny grozy w korku przed innym tunelem), nawet relaksując się i grając w Zośkę:




Auto powiedziało dość dopiero w połowie drogi. A bardziej my widząc jego stan i problemy z oddychaniem. Jedyną słuszną decyzją pozostało zjechanie do mechanika, a tam po konsultacji wezwanie lawety. Ostatecznie pomniejszyliśmy budżet o koszt nowej rury, która okazała się pęknięta i szczęśliwie dojechaliśmy do domu!



Reasumując, mimo przygody z autem wakacje udały się wyśmienicie. Na półtora tygodnia tylko raz padało, czas spędziliśmy zarówno aktywnie jak i leniwie, nawiązaliśmy nowe kontakty i wróciliśmy bogatsi o nowe doświadczenia. Auto mimo wszystko dało nam możliwość odwiedzenia wielu miejsc w krótkim czasie i służyło jako dom z ciepłym łóżeczkiem w postaci rozłożonego siedzenia każdego dnia. Jako strudzeni wędrowcy docenialiśmy to ciepło domowego aucianego ogniska, oj tak! 🙂



Na koniec kilka porad, dla tych którzy przewidują długą trasę autem w najbliższym czasie. Pamiętajmy, że czasem nie wszystko idzie zgodnie z planem, a auto to tylko rzecz, która może się zepsuć. I wierzcie mi, ze nigdy nie jest to odpowiedni moment (sami byliśmy świadkami kilku incydentów na trasie), zatem warto się na to odpowiednio przygotować wcześniej:


  1. Upewnij się, że masz w aucie tzw. zestaw bezpieczeństwa (trójkąt ostrzegawczy, kamizelki, gaśnica), jeśli nie to zakup. Jeśli planujesz wyjazd do więcej niż jednego kraju europejskiego, sprawdź ich indywidualne wymogi, np. tutaj. Warto doczytać również o naklejkach na światła i rejestrację.
  2. Wydrukuj, spisz, miej przy sobie telefon do ubezpieczyciela albo dostęp do wi fi. W ten sposób oszczędzasz czas i zmniejszasz czynnik stresu, gdy auto zepsuje Ci się na środku drogi. My stałego dostępu do wi fi nie posiadaliśmy, zatem wszystkie informacje wydrukowaliśmy i mieliśmy w aucie pod ręką.
  3. Ach, nie ubezpieczyłeś auta? To ubezpiecz 🙂 Zakręć się również wokół tematu dodatkowego ubezpieczenia na kraje europejskie.
  4. Jeśli w trakcie trasy wydaje Ci się, że z autem jest coś nie tak, zjedź do najbliższej stacji benzynowej, mechanika (my wiedzieliśmy, że z autem jest już naprawdę źle i wyszukaliśmy na GPSie najbliższy serwis). Możesz też zjechać na pobocze/bezpieczne miejsce i dać odpocząć silnikowi, ale pamiętaj, że to Twoje bezpieczeństwo i to Ty decydujesz czy auto jest zdolne do dalszej jazdy.
  5. Nie myśl, że dym z maski to wszystko tylko nie usterka. Raczej nigdy nie wróży to dobrze.
  6. Jeśli auto stanęło na środku drogi i już Cię nie słucha, pamiętaj o bezpieczeństwie. Kamizelka zawsze pierwsza, potem trójkąt ostrzegawczy, a dopiero potem telefony i zastanawianie się. Nigdy panika.
  7. Miej zawsze naładowaną komórkę.
  8. Jeśli przewidujesz breakdown we Francji – naucz się francuskiego. W przeciwnym razie jesteś skazany na język migowy 🙂 Na szczęście ten działa w każdym kraju. Momentami nawet przez telefon!
  9. A żeby uniknąć niepotrzebnym stresów po prostu przed wyjazdem w długą trasę zserwisuj auto (na pewno zmniejszy to prawdopodobieństwo ulegnięcia wypadkowi).

To tyle z naszej strony. Czy Wam kiedykolwiek przydarzyły się incydenty na trasie? Jak sobie poradziliście? Gdzie planujecie kolejna podróż i jak się do niej przygotowujecie? Dajcie znać w komentarzach!


Zobacz cala galerie tutaj!