Co nam w głowach piszczy


…czyli kim jesteśmy, skąd się urwaliśmy i co oznacza Llamateurs?

Że dwójka ludzi z dwoma psami to już wiecie. Że lubimy sporty – to też. Że brak nam piątej klepki – z czasem sami zauważycie. Czemu zatem Llamateurs, a nie brak-nam-piatej-klepki.com?



Oto długo wyczekiwane, ciężkie do odgadnięcia, spędzające sen z powiek i mrożące krew w żyłach wyjaśnienie! Zacznijmy po szkolnemu, więc od matematyki:

LLAMA + AMATEURS = LLAMATEURS (tak – ja też zdecydowanie wolę tę matematykę bez cyfr)

A teraz język polski:

LAMA – wyraźnie ciekawskie, szybko socjalizujące się zwierzę, stworzone do życia na wysokościach (naturalne środowisko – 2300 m n.p.m. – 4000 m.n.p.m); znaki szczególne: wcale nieśmieszna gęba, zawsze umyte zęby

AMATOR – osoba niedoświadczona bądź niewykfalifikowana w danej działalności, nie-profesjonalista;

Nic dodać nic ująć. Ale że Emilka zawsze ma coś do dodania…

O tym co nas łączy z lamami możecie przeczytać tu, a co do samego amatorstwa… Kiedyś tam pomyśleliśmy nieśmiale, że każdy z nas jest amatorem w jakiejś dziedzinie. Jeśli jesteś profesjonalistą w jednej z nich, tej drugiej czy dziesiątej nie zgłębisz już w takim stopniu jak pierwszej – wybranki swojego serca i mózgu (ok, niech wam będzie – dwóch trzech –aaa! poligamia!). Takie naiwne stwierdzenie, ale tak pomyśleliśmy i tak zostało. Zatem i my, a raczej przede wszystkim my, jesteśmy amatorami do czego przyznajemy się śmiało i otwarcie. Co więcej amatorujemy już od jakiegoś czasu (żeby nie powiedzieć od urodzenia) w wielu dziedzinach, o których tutaj a i amatorowaliśmy w wielu w przeszłości. No właśnie – co z tą naszą przeszłością i skąd my się właściwie urwaliśmy?

Paweł jest z Marsa, ja jestem z Wenus. A piesy z równoległego bezstresowego świata z domieszką związku X. Poznaliśmy się (ja i Paweł rzecz jasna) jeszcze w Polsce bo ja (E) chciałam grać na gitarze, a Paweł umiał. Niedługo potem pojawił się Narcyz, który jest z nami od 2009 roku a jego start w naszej rodzinie przypada na czas beztroskiego i studenckiego życia w Bielsku-Białej (południowa Polska). Od tamtego światłego czasu (jak również i w jego trakcie) postanowiliśmy spróbować wielu rzeczy w naszym życiu i tak:

  1. Wybraliśmy się na piechotę z Polski do Chorwacji. 500 km w nogach po to by przekroczyć granicę węgiersko-chorwacką i…. ku widocznemu zaskoczeniu celników zawrócić. Do domu dotarliśmy autostopem z bagażem doświadczeń i zdecydowanie nowym spojrzeniem na świat oraz na to, że, mimo iż zawsze tak było, od teraz my też możemy. (2012)


  2. Pierwsze Emilki półroczne zderzenie z UK i językiem angielskim w innym wydaniu niż książkowym razem z ogarnianiem totalnie nieznajomej zagranicznej rzeczywistości. Postanowiła iść za ciosem i sprawdzić co to busking. Paweł w tym czasie wypacał siódme poty trenując sztuki walki. (2012/2013)

  3. Tego nie przewidzieliśmy, ale zdarzyło się. Emilki kontuzja kolana (zerwane ACL) i rok z życia. Dowiedzieliśmy się, że nie ruszając się też można ćwiczyć (o mamo, to paradoksalnie jeden z aktywniejszych okresów w moim życiu!) i planowaliśmy, dużo planowaliśmy. (2013)

  4. Wykręciliśmy dwutygodniową wycieczkę rowerową w austriackich Alpach. W drodze powrotnej wyprawa przybrała obrót chillowo-muzyczny i znowu buskowaliśmy – tym razem Paweł przerzucił się na sekcję rytmiczną. (2014)


  5. Wybraliśmy się na wycieczkę autostopem, już wiedząc jak to robić (tak, autostop różne odmiany ma) z Polski do Słowenii. Padało cały wyjazd, ale…jak szybko przemierzało się kilometry, a i jak czas przyjemnie płynął na rozmowach! Zdecydowanie najsocjalniejszy z naszych wakacyjnych pomysłów. (dalej 2014 – takim to dobrze!)


  6. Przylecieliśmy do UK już razem. Po jakimś czasie zgarnęliśmy Narcyza z Polski. Początki jak to początki, ale za to było ciekawie. (2015)

  7. Polecieliśmy na leniwe wakacje do Hiszpanii… I plażyliśmy się przez całe 2 tygodnie z jedną małą różnicą –plecakami i dzienną rutyną przemierzania ok. 15 piaszczystych km dziennie. Bo tak. (2015)


  8. Wybraliśmy się na wspinaczkowo-eksplorująco-relaksacyjny trip do północnych Włoch (fotogaleria tutaj) z nie do końca sprawnym autem (ale, ale… wiara czyni cuda!). Trochę powspinane, trochę wyleniuchowane. I wreszcie zobaczyliśmy Mont Blanc! (2016)

W trakcie naszych wyjazdów przetestowaliśmy różne rodzaje spania (od namiotu na dziko, przez przystanki autobusowe, plażę, pod mostem, u ludzi – na tzw. gospodarza, w aucie) i powiem Wam, że…strasznie polubiliśmy spanie! Chyba stworzy się z tego oddzielny artykuł. Polecamy rożnorodność – to na pewno!

Poza wszystkim powyższym jesteśmy w pewnym sensie góro-uzależnieni. Przez chwilę mieszkaliśmy w Beskidach, potem co rusz uciekaliśmy w Tatry, a teraz dzielnie odkrywamy górskie zakątki UK. Tutaj poznaliśmy też co to tzw. scrambling (połączenie wspinaczki z chodzeniem po górach), a niebawem na blogu już tripy we czwórkę.

OK. Chyba coś już o nas wiecie, można spać spokojnie (nawet czytając tego posta, spanie bardzo zdrowe, polecam)!